czyli migracje we wszystkich odmianach pozbierane w bliższych i dalszych zakątkach Światowej Szerokiej Sieci
Kategorie: Wszystkie | Przerwa na kawę
RSS
poniedziałek, 07 marca 2011

Tabloid.

Tytuł, który jednych przyciągnie, drugich zniechęci. Tytuł zupełnie nieadekwatny do treści. Tytuł niezbyt oryginalny wreszcie. Jednym słowem - marny tytuł. A jednak posiadający pewne zalety, na razie wprawdzie jedynie w oczach jego autora, lecz być może niedługo także w Waszych.

Tablo-id.

Już lepiej, hę? Bardziej intrygująco. Nasuwają się już pierwsze interpretacje: jeśli trzymać się języka polskiego – można by się w nim dopatrzyć na przykład indywidualnego upubliczniania. Id-entyfikacji na tablicy. Jak w fejsbuku. Interpretacja możliwa, ale nazbyt wydumana. Więc może w języku oryginału? Table id-entification. Czyli zaproś mnie do stołu, a powiem ci kim jesteś. Prostsze a jednocześnie dające więcej możliwości narracyjnych. Stół może wszak być spory, a im więcej przy nim biesiadników, tym więcej historii zdarzy się posłuchać.

Jedyne, co jeszcze nie pasuje do tej konstrukcji - to sam język. Komu angielski kojarzy się z biesiadowaniem? Ilu miłośników fish’n’chipsa byłoby na tyle odważnych, żeby nazwać to jadło dziełem sztuki kulinarnej?

Żeby naprawić ten błąd, którego historia nigdy by mi nie wybaczyła - wystarczy przeskoczyć na drugą stronę kanału. Francuskie słowo „table“ nada się doskonale do podmiany a w „identification“ wystarczy popracować nad wymową. Wszystkie elementy natychmiast dźwiękną w idealnej harmonii. Jak kieliszki napełnione medokiem.

A wszystko to tylko dlatego, że UNESCO uznało francuską kuchnię za część wspólnego dziedzictwa homo sapiens. Jakże mógłbym o tym nie wspomnieć, na co dzień widząc dowody oddania składane na ołtarzu dobrej wyżerki? I w dodatku mieszkając o kilka ulic od jednego z najsłynniejszych francuskich kucharzy - Marka Veyrat. No cóż, nawet człek rozumny jeść także czasem musi...

czwartek, 03 marca 2011

Zaletą Ringu w Amsterdamie jest możliwość jeżdżenia po nim zgodnie lub niezgodnie ze wskazówkami zegara. W obu przypadkach dojedzie się do wybranego miejsca, łamiąc  jednocześnie  codzienną rutynę. Zdarza się, że cel podróży znajduje się w ¼ okręgu jadąc w jedną stronę i ¾ jadąc w drugą. W takiej sytuacji trzeba sobie postawić pytanie, czy strata czasu i benzyny warta jest przyjemności wyboru takiej, na pierwszy rzut oka, niezoptymalizowanej trasy. Ring oferuje swoim stałym bywalcom niebywale, jak na Holandię, zróżnicowane pejzaże: od współczesnej architektury przy Parnassusweg do zanurzonych do połowy w porannej mgle wiatraków, od placu budowy na sztucznej wyspie do powtarzających się do znudzenia szarych bloków. I to wszystko w dwóch różnych wersjach zależnych od wybranego kierunku rotacji.

I pomyśleć, że istnieją tacy, których Holandia nudzi!

Ściski

http://ryszardrychlicki.art.pl

wtorek, 01 marca 2011

Zamiast siedzieć do 6 nad ranem, wolałem poczekać spokojnie do jednego z popołudniowych magazynów telewizyjnych. Nie zarywając nocy dla wątpliwej jakości szoł amerykańskiego – i tak dowiedziałem się wszystkiego, co niezbędne na temat Oscarów 2011.

W czołówce dwa filmy psychologiczne – Black Swan i Inception. Ktoś się skrzywił na „psychologiczne”? No dobrze – powiedzmy popularno-psychologiczne. Oba filmy opowiadają o skomplikowanych procesach zachodzących na różnych poziomach naszej jaźni, opowiadają o naszych lękach i sposobach w jaki wpływaja na naszą codzienność. Niby nic nowego, a jednak obaj reżyserzy potrafili wzbogacić ten temat o wymiar kinowego obrazu. Black Swan w sposób bajkowy, sprowadzony do walki dobra ze złem, pełny magicznych zdarzeń i przedmiotów. Inception używając gadżetów SF i udanego połączenia romansu oraz sensacji.

Nie są to filmy po których można spodziewać się oświecenia lub gwałtownej przemiany światopoglądu, ale ich tematyka i przede wszystkim środki artystyczne zdradzają ochotę wyjrzenia poza ustabilizowany holywoodzki schemat. Potwierdza to również fakt, że tegoroczna czołówka oskarowa prezentowana jest w kinach specjalizujących się w filmach artystycznych (przynajmniej we Francji) a nie na dużych salach pełnych cocacoli i popcornu.

I najlepsza wiadomość na koniec -  True Grit braci Coen nie dostał niczego. Jeszcze jeden powód, żeby obejrzeć go czym prędzej w kameralnej, zacisznej sali kinowej.

Uściski

http://ryszardrychlicki.art.pl

poniedziałek, 28 lutego 2011

Pomimo że nie śnię, obraz jest wyraźny, pełen kolorów i dźwięków. Jesienne, słoneczne popołudnie. Wielkie, trójpalczaste liście odczepiają się od gałęzi i majestatycznie szybują nad naszymi głowami. Złotosłoneczny kolor na niebieskim tle.

Nie słychać rozmów, pomimo że zeszło się tu sporo ludzi. Każdy zatopiony we własnych myślach, wpatrzony w ziemię pod swoimi stopami. Złotosłoneczny kolor na ziemistym tle.

Zastanawiam się, czemu ta wizja nawiedza mnie - niezbyt, co prawda, ale jednak – uporczywie. Przeważa jak na razie teoria ostatecznego testu. Egzaminu, albo raczej podsumowania gromadzących się podczas życia mniejszych i większych pozostałości słów, gestów, min, pomysłów i przesypującego się przez palce czasu. Kto zbierze większy, milczący tłum?

Taka niekonfliktowa konkurencja pomiędzy przyjaciółmi. Jeszcze jeden sposób na zabicie czasu.


Kłaniam się

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6